Kinowy kadr z horroru przedstawiający wnętrze ciemnego samochodu nocą. Przez mokrą od deszczu szybę kierowcy zagląda do środka przerażający, blady, mocno pomarszczony starzec o krwawych oczach, który opiera dłoń o szkło. W tle widać zamgloną, opuszczoną stację benzynową z neonem „PN STACJA PALIW” podświetloną zimnym światłem lampy.

Informacja Dla Czytelnika

Witajcie. Oto przedstawiam wam upiorną historię Eryka Kowalskiego, pochodzącą wprost z regałów wielkiej i niezmierzonej Biblioteki Karytarion. Należy pamiętać, że tego rodzaju opowiadania przeznaczone są wyłącznie dla starszych czytelników. Wszelkie imiona, nazwiska oraz nazwy własne zostały dobrane losowo i nie nawiązują do realnych osób ani miejsc. A teraz zapraszam wszystkich do lektury...


Przydrożna Postać, Ona Zawsze Czeka - Biblioteka Karytarion

Błąkając się między długimi rzędami regałów w sekcji siódmej, wyciągnąłem kościstą dłoń i pochwyciłem księgę z regału numer 36. Była postrzępiona jak wszystkie inne i naznaczona zębem czasu – zresztą jak wszystko w tym miejscu. Została napisana w roku 2021, dnia 19 marca o późnych godzinach nocnych, jak podaje notatka na szarej stronie tytułowej. A jej początek brzmiał mniej więcej tak:

Mam na imię Eryk Kowalski i wracam aktualnie z delegacji do domu. Na początku szef mówił, że miała być to prosta sprawa. No cóż, ironia losu sprawiła, że przeciągnęła się do późnego wieczora. W tej chwili dochodzi godzina 20:00. Co gorsze i dość niebezpieczne, do domu mam jeszcze około 150 kilometrów drogi.

Obrana przeze mnie trasa budzi jednak spore obawy i sprawia, że nie mogę jechać szybciej, niż 30 lub 40 kilometrów na godzinę, a swoim stanem wywołuje wrażenie, jakby świat o niej zapomniał. To wrażenie potęguje upiorna pustka, bo przede mną ani za mną nie jedzie żaden samochód. Żadna żywa istota. Teraz trochę żałuję, że zdecydowałem się na tę trasę. Choć tutaj winę ponosi również mój stary GPS, który lubi najwidoczniej płatać koszmarne figle.

Przejechałem już z 45 lub 60 kilometrów, a na drodze panuje totalna, mroczna i bezkresna pustka. W pewnej chwili rozważałem nawet powrót do głównej drogi rejonowej. I gdy miałem już się zatrzymać, by zawrócić, z ciemności wyłoniła się stacja paliw. Sprawiała wrażenie opuszczonej, lecz zgarbiona postać i ledwie działające oświetlenie mówiły, że warto sprawdzić to miejsce i poprosić o pomoc.

Ach, jakie to naiwne, jaki ten Eryk Kowalski jest głupi... a często za głupotę płaci się krwią. Taka to zasada w naszej bibliotece, ale wróćmy do Eryka.

Podjechałem pod dystrybutor i z nawyku czekałem na kogoś z obsługi. Niestety, nikt się nie zjawił. Postanowiłem wysiąść z samochodu i rozejrzeć się. Nie zdążyłem jednak otworzyć drzwi auta, gdy przez boczną szybę kierowcy ujrzałem twarz mężczyzny. Wyglądał staro, bardzo staro. widoczne zmarszczki i lekko zakrwawione białka oczu... Widziałem to z tak bliska, że już wiem, czego z pewnością będę żałował do końca życia.

Powód był prosty: mężczyzna wyglądał jak upiór lub zombie w najprostszej postaci. No ale zebrałem resztki odwagi, uchyliłem okno i zapytałem, czy można tutaj zatankować i którędy najszybciej dojadę do drogi rejonowej. Mężczyzna zmierzył wzrokiem wnętrze mojego samochodu, a później zwrócił swe zakrwawione oczy wprost na mnie. 

– Do rejonowej prosto. Zaraz zatankujemy – wycharczał, po czym odszedł i wszedł do budynku stacji.

W tej samej chwili zorientowałem się, że mój bak jest pełny w stu procentach. Nawet nie wiedziałem, kiedy on to zrobił! Wydawało mi się to dość dziwne i niepokojące, ale należało zapłacić za usługę. Wysiadłem z auta i skierowałem się do drzwi budynku. Chwyciłem za klamkę, chcąc dowiedzieć się, jak tego dokonał, lecz drzwi ani drgnęły. Wtedy mój niepokój wzrósł. Obejrzałem się za siebie. Wszystkie dystrybutory, brukowany plac... wszystko, dosłownie wszystko zniknęło.

Mój samochód stał samotnie pośród wysokiej trawy w polu. Wtedy zwróciłem wzrok ku stacji – jej budynek też zniknął, a ja zorientowałem się, że trzymam nie klamkę, a powietrze. Czystą próżnię.

To była chwila dezorientacji, moment totalnego strachu i paraliżu całego ciała. Po chwili wyrwałem się z tego stanu i szybkim, panicznym krokiem podbiegłem do samochodu, wsiadając niemal w biegu. Wcisnąłem gaz do dechy i wyrywając koła z wysokich traw, wróciłem na jezdnię. Wprawdzie jechałem nadal przed siebie, w tym samym kierunku, lecz towarzyszyło mi dziwne uczucie niepewności. Tak jakby ktoś lub coś podążało za mną.

Sytuacja po kilku minutach zaczęła się uspokajać. Powoli wracał do mnie spokój, a ja zacząłem wpajać sobie myśl, że zdarzenie na stacji wcale nie miało miejsca. Wprawdzie już prawie mi się to udało...

Ludzka głupota jest niezmierzona, a Eryk Kowalski jest tego najlepszym przykładem. Wpajać sobie takie myśli – czyż to nie próżność i beznadziejny pomysł? Jednak to jeszcze nie koniec przygód Eryka...

Drastyczna scena z horroru rozgrywająca się nocą na poboczu zamglonej drogi w deszczu. Upiorny, zgarbiony starzec o bladej skórze klęczy nad leżącym na ziemi policjantem w odblaskowej kamizelce i czapce, pożerając jego ciało. W tle stoi zaparkowany wzdłuż ulicy radiowóz z napisem „POLICJA” i włączonymi, niebiesko-czerwonymi sygnałami błyskowymi. Na ziemi leży porozrzucany ekwipunek policyjny.

Wtedy ujrzałem w oddali, wyłaniający się z ciemności, radiowóz policyjny. Moja pierwsza myśl: jestem uratowany, żyję, naprawdę żyję! Niestety, gdy podjechałem bliżej, ujrzałem scenę, której nigdy nie chciałbym zobaczyć. Na ziemi leżał martwy policjant – takie przynajmniej sprawiał wrażenie.

Jednak to nie bezwładne ciało było najgorsze. Nad zwłokami dostrzegłem tego samego upiornego mężczyznę ze stacji. On po kawałku zjadał wnętrzności policjanta. Dosłownie, kawałek po kawałku.

Wtedy po raz kolejny wdepnąłem gaz i gwałtownie przyspieszyłem. Z każdą sekundą pędziłem coraz szybciej. To coś na początku biegało za samochodem, ale po chwili zniknęło w ciemności. Ja jednak wiedziałem, że to nie koniec. Gwałtownie przyspieszając do granic możliwości, nie zwalniałem ani na moment.

To był mój kolejny błąd. Chwilę później moim oczom ukazał się ostry zakręt, a ja przy takiej prędkości na nierównej drodze straciłem panowanie nad pojazdem. To była sekunda – wylądowałem w rowie z roztrzaskanym autem.

Przez wstrząs straciłem na chwilę przytomność. Gdy się obudziłem, w bocznej szybie kierowcy ujrzałem jego. Po raz kolejny wpatrywał się we mnie, obserwując każdy mój gest. Ja nie mogłem się ruszyć. Miałem zmiażdżoną nogę i chyba lekki wstrząs mózgu. Jednak tym razem nie miałem odwagi, by otworzyć okno. On jednak nie miał z tym problemów...

Takie opowieści lubię najbardziej. Tak kończymy historię Eryka Kowalskiego, a księga na pamiątkę przepięknej śmierci trafia na swoje bezpieczne miejsce.